niedziela, 6 sierpnia 2017

Od Demanii [+16]

  Zerknęłam na starą, nieco już poniszczoną mapę. Jeśli wierzyć temu przemiłemu mężczyźnie z dzisiejszej nocy, dokładnie za parę minut powinnam znaleźć się w malutkiej mieście, gdzie znajdę najróżniejsze misje. Nie powiem, od jakiegoś czasu umierałam z nudów a w dodatku nie przelewało mi się tymczasowo. Ścisnęłam łydkami Sama, żeby w końcu się obudził i zaczął maszerować jak należy, leniwy kabanos. Westchnęłam głośno i złożyłam starą mapę, która równie dobrze mogła być tak lipna, jak moje dobre podejście do dzieci. Kupiłam byle jaką, najtańszą mapę od dziwnego, nieco podejrzanego mężczyzny w średnim wieku. Tak dobrze opowiadał o swoich towarach, że nie mogłam po prostu ominąć go obojętnie. A co mi tam, najwyżej straciłam kilka godzin jazdy, nic wielkiego. Na całe szczęście ledwie skończyłam marudzić kiedy w oddali dostrzegłam całkiem spore miasteczko. Uśmiechnęłam się szeroko na myśl, że jednak nie zostałam oszukana i nie będę musiała się wracać na tamto zadupie, żeby skrócić o głowę parę osób. Pognałam swojego ''małego'' grubaska do galopu, z każdą chwilą coraz bardziej zbliżając się do swojego. Brama wjazdowa była tak niska, że przez pierwszą chwilę myślałam iż nie wjadę na swoim koniu który miał dobre 193 centymetrów w kłębie a ponad dwa metry razem ze łbem. Na wszelki wypadek sama się pochyliłam, chociaż nie było to najwyraźniej potrzebne. Chociaż dałabym sobie wręcz odciąć rękę, że gdyby Sam stanął dęba to z pewnością walnąłby swoim głupiutkim łebkiem w szczyt bramy. Na całe szczęście nie zachciało mu się w tym momencie nic takiego robić, chociaż był to raczej koń dobrze ułożony i nie w głowie mu takie wybryki.
  – Ryby! Świeże ryby! – to zdanie było pierwszym zdaniem, jakie usłyszałam w tej małej miejscowości, uroczo. Nie ma to jak na dzień dobry usłyszeć nazewnictwo swojego największego, kulinarnego wroga.
  Przejechałam przez główna aleję dosyć szybko, cały czas szukając tawerny ''Pod złotym Ryszardem'' ponieważ to tutaj miał się znajdować mój cudowny zleceniodawca. Główna ulica była całkiem długa oraz zatłoczona, przez co nieraz musiałam krzyczeć do ludzi, żeby z łaski swojej ustąpili mojemu koniu drogę, no chyba, że tak bardzo chcieli zakończyć swój żywot pod prawie tonowym cielskiem konia. Po kilku minutach poszukiwania, wreszcie dotarłam do swojego upragnionego celu. Zsiadłam z konia, zaprowadzając go do małego chłopca stajennego, jak widać była to jedna z tych karczm, która oferowała takie usługi. Najwidoczniej nie było to najtańsze miejsce tutaj.
  – Masz tu smarku monetę, nasyp mu trochę żarcia i dopilnuj, żeby dostał ŚWIEŻĄ wodę. Ostatnio kiedy przyłapałam właścicieli pewnego zajazdu na pojeniu mojego konia brudną wodą po kąpieli (kto wie ile osób i kto się w tym kąpał) musieli błagać mnie na kolanach o wybaczenie, z resztą... zrozumiałeś?!  
  – Oczywiście Pani  – chłopiec skinął głową. Z resztą nawet by nie śmiał. Taki nominał to mógł dostać co najwyżej za miesiąc ciężkiej pracy.
 Uśmiechnęłam się uroczo do chłopca a kiedy ten tylko zniknął z moim ukochanym Samem, weszłam do środka. Ponieważ nadal byłam w swoim pełnym uzbrojeniu, moje wejście spowodowało natychmiastową ciszę w lokalu. Jednak nie trwała ona długo, gdy tylko się zorientowano, że nie przybywam z zamiarem aresztowania żadnego z mężczyzn, głośne rozmowy oraz tańce zostały wznowione. Moim ''celem'' miał być niewysoki, starszy mężczyzna który wiecznie siedział na uboczu paląc swoją fajkę. Podobno był tajnym zleceniodawcą a jak na mój gust, to po jego opisie od razu było widać, że coś z nim jest nie halo.
   – Panienka może do mnie?  – usłyszałam spokojny, ale za razem szorstki głos za sobą.
 Odwróciłam się powoli, wlepiając swoje cierpkie spojrzenie złotych oczu w niższego o głowę mężczyznę. W rękach trzymał dwa kufle piwa, wyraźnie zbliżając się w kierunku osamotnionego stolika w samym kącie karczmy.
  – Może usiądziemy i napijemy się?  – zaproponował  – Rozmowa od razu stanie się przyjemniejsza. Nalegam. 
Przytaknęłam podążając za nim, imponujący człowiek, że też wiedział akurat że mam do niego jakiś interes i jeszcze zdążył kupić mi piwo, wspaniały człowiek. Razem zasiedliśmy przy drewnianym stole. Zanim zaczęliśmy jakąkolwiek rozmowę, musieliśmy wypić dokładnie 3 spore kufle piwa. W prawdzie ani on ani ja nie odczuwaliśmy żadnych skutków alkoholu, jednak jakoś to sprawiło, że mężczyzna podjął się tematu. Chyba nie chciał wzbudzać jeszcze większych podejrzeń, może chciał, żebyśmy wyglądali jak zwykli, starzy znajomi?
  – Dobrze. Możemy chyba wreszcie przejść do rzeczy  – mężczyzna westchnął odsuwając od siebie piwo i pochylając się nad stołem. Chwilę pogrzebał prawą ręką w kieszeni swojego płaszczu, po chwili wyjmując kilka nieco pomiętych kartek  – Wybieraj. 
Zdecydowanym ruchem sięgnęłam po kartki, opierając się o ławę. Rozkładałam je powoli, kolejno czytając polecenia. Pomoc w sprzątaniu, schwytanie lokalnego rabusia, uporanie się ze zdziczałymi psami, porywacze oraz handlarze niewolnikami, eskorta przez Las Mgły. Bez zbędnego zastanowienia złożyłam wszystkie kartki poza jedną, wszystkie zlecenia oddałam mężczyźnie. Ten zaciekawiony zajrzał na wybraną przeze mnie. Chociaż wyglądał na człowieka opanowanego i nie zdradzającego swoich uczuć, w tym przypadku wyglądał na zszokowanego.
 – Nawet nie wiesz jakie problemy są z tymi handlarzami... to misja dla kogoś o przynajmniej 3 poziomie Arcany, który masz poziom? 
 – Pierwszy.
 W takim razie przykro mi, ale nie mogę Ci dać tego zadania – powiedział w zamian wystawiając mi kartkę ''pomoc w sprzątaniu.
Na widok tak poniżającej mnie propozycji, po prostu zaczęłam się śmiać sprawiając, że cała karczma na powrót zamilkła. Zaraz po tym złapałam mężczyznę za kołnierz koszuli, wrogo wpatrując mu się w oczy.
 – Nie porównuj mnie do tych dupków z wyższymi rangami, zrozumiano? – warknęłam.
 – Ech sama tego chciałaś. Ale nie miej pretensji do nikogo jak Twoja głowa znajdzie się nad ich kryjówką. Z przyjemnością będę ją podziwiał. Grupce przewodzi jedna Alfa z prawdopodobnie 3 może 2 rangą, nie zostało to potwierdzone. Jednak jego Arcana jest w stanie przekazać jedną umiejętność większej grupce ludzi. Paraliżujący pocisk. Wystarczy pokonać ich przywódcę, a cała reszta będzie bezbronna. Masz mapę? – przytaknęłam podając mu swoją cudowną, poniszczoną mapę. Mężczyzna przez chwilę jej się przyglądał, po czym nakreślił na niej malutkie ''x'' które pewnie było miejscem gdzie znajdowała się ich siedziba. – Powodzenia, chociaż nie przewiduję, żebyśmy się już kiedykolwiek więcej spotkali. 
 – Zobaczymy się prędzej czy później. Albo tutaj... albo w piekle – skłoniłam się wychodząc.
 Zanim ruszyłam w drogę, podeszłam do chłopca stajennego. Wręczyłam mu kolejne 5 monet mówiąc, że nie wrócę po konia prędko jednak jeśli w przeciągu tygodnia się nie zjawię, niech wypuści konia wolno, poradzi sobie. Chłopak przytaknął po chwili znikając w stajni. Skoro miała być to misja wykraczająca poza moje umiejętności, nie chciałam tam brać mojego jedynego przyjaciela...


▼▲ ▼▲

Znalezione obrazy dla zapytania magic bullet anime gifUskoczyłam przed pociskiem w ostatnim momencie. W prawdzie do ich kryjówki było jeszcze z parę kilometrów, co nie zmienia faktu, że od jakichś pięciu minut musiałam kryć się za drzewami jak jakiś tchórz. Około sześciu, może siedmiu mężczyzn (nie byłam w stanie w całym tym zamieszaniu ich policzyć) od jakiegoś czasu atakowało mnie salwą magicznych pocisków. Nie wiem jak, ale muszę jakoś zbliżyć się do nich. Wybiegłam zza drzewa do kolejnego, klnąc w duchu. Jeden z mężczyzn, najpewniej były rycerz po czterdziestce wypuścił kilka strzałów, jednak żaden z nich nie był celny. Kiedy już myślałam, że dotrę bezproblemowo do kolejnego z drzew, różowo włosy młodzieniec trafił mnie w rękę. Uderzyłam o pień drzewa, łapiąc się za swoją zranioną rękę, muszę się skupić. Nie miałam jednak nawet sekundy na to, żeby wpaść na jakiś plan, natychmiast zaczęłam być atakowana ponownie. Ruszyłam do dalszej ucieczki, chociaż nie wycofywałam się całkowicie. Dalej biegłam przed siebie, wprost do ich kryjówki. To mogłoby się udać... nie ma przecież łatwiejszego sposobu od dostania się tam, niż dać się schwytać. Ale czy wówczas będę miała jeszcze siłę, żeby im się przeciwstawić i wykonać to zadanie? A może z marszu zostanę zabita i nawet tam nie dotrę? Nie miałam teraz nic do stracenia, tylko ten idiotyczny pomysł był jedyną rzeczą którą mogłam w tym momencie wykonać. W ciągu mojego przedzierania się przez las, jeszcze kilkakrotnie oberwałam pociskiem. Dwa razy w prawą łydkę przez co powoli zaczynałam utykać i raz w policzek. Nie były to ciężkie rany, jedynie draśnięcie, bardziej chodziło w nich o zadawanie bólu i paraliż niż poważne zranienie.
  W końcu wybiegłam na całkiem sporą polanę nieźle zdyszana. Zatrzymałam się na samym środku, nadal trzymając się za swoją rękę, krople poty spływały po moim czole a niespokojny oddech dawał znać o moim wyraźnym wyczerpaniu tymi zaklęciami. Stałam tak od może dwóch minut jednak nic się nie działa, ta cisza była sto razy gorsza niż ten pościg, ale zwiastowała tylko tyle, że jak na razie, to cały mój plan idzie po mojej myśli. Zanim straciłam przytomność, zobaczyłam całą siódemkę stojącą na drzewach, każdy stał z innej strony, dlatego kiedy wypuścili salwę pocisków, każda moja część ciała była podatna na ich ataki. Krzyknęłam wypuszczając z bólu miecz, parę sekund po zakończonej salwie, zachwiałam się i upadłam na trawę. 

▼▲ ▼▲

  Siedziałam na ziemi skuta w długie, ciężkie łańcuchy które oplatały moje stopy. Ich chłód dawał wrażenie, jakby w pomieszczeniu temperatura spadła może do 5 stopni. Ubrana byłam w potarganą, szarą sukienkę która sięgała mi do połowy łydek. Chociaż jej rękawy były długie, co chwilę miałam ochotę je naciągnąć jeszcze bardziej, żeby ochronić swoje przemarznięte dłonie przed zimnem. W kącie celi siedziała wychudzona, ciemnowłosa dziewczyna. Jej stopy były poranione a sama dziewczyna od początku mojego pobytu w tej celi... czyli od może piętnastu minut, nieustannie szlochała doprowadzając mnie już powoli do szału. Oparłam głowę o ścianę, starając się jakoś odprężyć i odepchnąć myśli od jej zawodzenia. Nie było nawet tak źle, nie pierwszy i nie ostatni raz jestem w takiej sytuacji, ale ta głupia dziewucha...
  – Słuchaj, nie chcę być wredna, a właściwie to chcę... nie ważne – zachichotałam na chwilę otwierając oczy, spoglądając na teraz wpatrzoną we mnie dziewczynę. Jej twarz była opuchnięta od płaczu a oczy zaczerwienione, paskuda – Powiem to tylko raz, zamknij się bo własnych myśli nie słyszę. Dziękuję. 
 – Mieli mnie uratować... – wyszeptała bardziej do siebie niż do mnie – To miała być szybka misja, a zamiast tego... gniję tutaj! – krzyknęła uderzając pięścią o ścianę i ponownie zanosząc się płaczem.
Ooo, czyli nie tylko ja poszłam na tak głupią misję i dałam się złapać w równie głupi sposób. Zawsze jakieś pocieszenie. Ponieważ moja towarzyszka nie zamierzała zamilknąć pomimo mojej wcześniejszej prośby, postanowiłam jakąś ją podtrzymać na duchu.
  – Ale wiesz, jakbyś tak nie wyła to wydajesz się całkiem ładna. Raczej Cię nie zabiją, prędzej będą Cię rżnąć do białego rana! – uśmiechnęłam się do dziewczyny, a gdy ta spojrzała na mnie z ogromnym przerażeniem w oczach i z grymasem bólu wymalowanym na twarzy, przekrzywiłam głowę zdumiona – Nie gadaaaj, już to zrobili? Hahaha jak cudownie – zaczęłam się śmiać tak, że łzy zaczęły lecieć mi jak oszalałe po policzkach. Naprawdę, to miejsce coraz bardziej mnie zdumiewa.
 Moja euforia została jednak szybko przerwana, przez nieco rozdrażnionego strażnika. Kiedy wbiegł do celi momentalnie zamilkłam, a kiedy pomachał mi metalową pałką przed twarzą, uśmiechnęłam się delikatnie. Zdecydowane zdenerwowanie w jego oczach w pewien sposób mnie podniecało.
  – Cela numer 58 proszona jest o ciszę dla swojego dobra, zrozumiano?  – mężczyzna zmierzył mnie wzrokiem.
  Spojrzałam na mężczyznę czule, na co ten delikatnie się speszył. Kiedy miał już odejść po prostu splunęłam mu na jego buty. Nie trzeba być jasnowidzem, żeby wiedzieć co stało się potem. Mężczyzna kopnął mnie w brzuch sprawiając, że kaszlnęłam krwią. Zacharczałam spoglądając na niego z przerażającym uśmiechem.
  – Wariatka, później ktoś po Ciebie przyjdzie – burknął na wychodne trzaskając ciężkimi, metalowymi drzwiami od celi.
Moja celowa współlokatorka, była wyraźnie przerażona, no nie powiem, wpakowałam nas w niezłe bagno. Teraz nie tylko możemy zostać zgwałcone ale również powieszone na dziedzińcu tego opuszczonego, zrujnowanego zamczyska. Byłam wyczerpana dzisiejszym dniem, dlatego bez zastanowienia położyłam się na zimnej posadzce, po chwili zapadając w sen.
  Zostałam obudzona kolejnym kopniakiem jakieś dwie, może trzy godziny później. Kiedy zbytnio nie zareagowałam na tej agresywny gest ze strony strażnika, podniósł mnie za moje długie, jasne włosy. Skrzywiłam się, powoli zaczynając używać swoich nóg, nie miałam wyboru, nie jestem niezniszczalna a przyznam się, że to trochę boli. Mężczyzna zdjął mi kajdany, rozkazując, żebym szła za jego towarzyszem, sam stał za mną poganiając mnie mieczem do przodu. Poganiając? A no zwyczajnie, przytknął mi go do pleców. Przewróciłam oczyma, z wolna ruszając za knypkowatym strażnikiem, ile on miał. metr dwadzieścia w kapeluszu? Wystarczyłby jeden kopniak w ten jego pusty, zakuty łeb (a potem paluszek w gipsie) ale mając za sobą miecz, wolałam nie ryzykować. Zostałam wyprowadzona poza obręb lochów, kierując się do resztek pomieszczeń, w których dawniej zamieszkiwały ważne osobistości, nie zdziwiłabym się, gdyby właśnie zaprowadzano mnie do ich przywódcy, bardzo by mi to wszystko ułatwiło. Nie myliłam się, po chwili prowadzący mnie strażnik otworzył drzwi, odsuwając się a mój ulubiony, stojący za mną skurwiel kopnął mnie w tyłek sprawiając, że wręcz wleciałam do pomieszczenia. Upadłam na kolana, zagryzając wargę. Nie jedna osoba zwijałaby się już z rozpaczy, zostałam tak bardzo dzisiaj upokorzona, tyle razy przegrałam, moja rycerska duma wylądowała w koszu. A jednak, jednak dalej mnie to wszystko bawiło. Ponieważ cała moja twarz była teraz zakryta przez moje długie włosy, nikt nie widział tego, jak bardzo w tym momencie mam ubaw. Nagle spoważniałam i jedną ręką zarzuciłam włosy do tyłu powoli wstając. Wyglądałam jak siedem nieszczęść, naprawdę zaprowadzili mnie w takim stanie do takiej szychy? Złapałam w dłonie rąbki swojej sukienki i ukłoniłam się jak prawdziwa dama, wystawiając jedną nogę nieco do tyłu podczas skłonu.
   – Wyjdźcie, zostawcie nas samych. – Całkiem młody, przystojny brunet wstał ściągając białe, skórzane rękawice. – Podejdź ptaszyno, już nic Ci nie grozi – powiedział wskazując mi krzesło przy oknie.
Bez słowa podeszłam, siadając na nim, dalej przy tym wpatrywałam się w jego przystojną twarz i ten spokojny, jakże fałszywy uśmiech. Byliśmy tak podobni pod tym względem...
 – Ktoś Cię tutaj przysłał? Nie wyglądasz na przerażoną ani na głupią... dlatego chciałbym z Tobą porozmawiać. 
 – To tym obdarowujesz ich swoją mocą? – zapytałam spoglądając na ogromny, czerwony kryształ który lewitował nad ziemią.
Och a więc wiesz, że moi słudzy normalnie nie posługują się magią? To wręcz niespotykane w dzisiejszych czasach nieprawdaż? Zapewne wiesz też, że gdybyś to zniszczyła, połączenie zniknęłoby i zarówno ja jak i oni nie moglibyśmy korzystać z mojej Arcany. 
 – Mówisz mi o tym dokładnie wiedząc po co tutaj przybyłam? – zaśmiałam się wstając – Za kogo wy mnie wszyscy kurwa macie?! 
  Mówię Ci to, ponieważ nie będziesz tego mogła zniszczyć. Jesteś Betą, czuję to. Nie posługujesz się magią, w dodatku nie masz przy sobie broni którą mogłabyś to zniszczyć. A nawet gdybyś miała... temperatura tego kryształu wynosi nieco ponad 2000 tysiące stopni. Nie jest ona odczuwalna bezpośrednio, jednak gdybyś go dotknęła... marnie by się to dla Ciebie skończyło. Musisz mi wybaczyć, ale Twoje żelazne mieczyki po prostu by się stopiły – zaśmiał się.
 – Dawno nie słyszałam ten nudnej oraz dennej wypowiedzi – prychnęłam wstając z krzesła.
 Przykucnęłam następnie wyciągając z ziemi dosyć ciężki miecz, razem ze swoją rękojeścią mógł mieć z 75 centymetrów, więc z pewnością nie był największym mieczem jaki miałam ale z pewnością jednym z cięższych.
 – Jesteś chyba jednak idiotką – mężczyzna zaśmiał się widząc jak podchodzę do kryształu – przecież Ci mówiłem, Twój miecz... 
Zamachnęłam się mieczem, wymierzając perfekcyjny cios w sam środek kryształu. Już po chwili ten rozwalił się na tysiące kawałków, rozprzestrzeniając się po całym pomieszczeniu. Część z nich od razu straciła swoją moc, jednak te które zachowały resztę mocy zaczęły powoli tworzyć pożar w pomieszczeniu.
 – C-co?! Potwór! – mężczyzna zaczął się wycofywać.
 – Och... już dawno nikt mnie tak nie nazwał, powtórz to – powiedziałam rumieniąc się – Nie? A więc przedstawiam Ci... Wolfram! Głupcze, jego temperatura topnienia wynosi niemal 3400 stopni, w dupę sobie wsadź swój kryształ – zaśmiałam się. – Wygląda, że za chwilę rozpęta się tutaj prawdziwe piekło. Powiedz, wolisz spłonąć żywcem, czy zostać jak najszybciej pociachany? – przytknęłam ostrze miecza do jego gardła, spoglądając na niego bez żadnej zbędnej emocji.
▼▲ ▼▲

 – Raczej zacząłem nastawiać się na to, że Twój koń będzie mój. Słyszałem o Twojej rozmowie z chłopcem stajennym – zleceniodawca westchnął licząc dokładnie monety które powinien mi wydać za wykonanie tego zadania. – Wyglądasz jak żywcem wyjęta z rynsztoku... a jednak udało Ci się wykonać to zadanie, moje gratulacje. 
 – Dziękuję, no i to mi się podoba! – powiedziałam spoglądając na swoją zapłatę – może prędzej czy później znowu do Ciebie zawitam...
 – Najlepiej wcale, puścisz mnie z torbami! – mężczyzna burknął jednak było widać ten delikatny uśmiech, nawet tam, w samym, ciemnym kącie tawerny.
Również się uśmiechnęłam, możliwe nawet, że pierwszy raz szczerze od dobrych dwóch lat. Powoli wyszłam na zewnątrz, dopiero tam przestałam udawać to, jak fatalnie się czuję. Podczas ucieczki z płonącej ruiny spotkało mnie parę walk, w dodatku już wcześniej byłam poraniona. Nie powiem, że byłam na skraju wytrzymałości i potrzebowałam pilnie odpoczynku. Pójdę tylko po Sama a następnie poszukamy jakiegoś taniego miejsca na nocleg. Odebrałam swojego konia ale nawet na niego nie wsiadłam, nie byłabym w stanie wejść teraz na tak wysokiego konia chociaż sama nie byłam jakoś specjalnie niska, ale i tak sporo mnie przerastał. Zamiast tego po prostu prowadziłam go za sobą. Nie zdążyłam nawet znaleźć jakiegoś ustronnego miejsca, kiedy zaczęłam poważnie odczuwać negatywne skutki nadużycia swojej Arcany. Nic dziwnego, rzuciłam się na misję z którą o wiele silniejsze osoby ode mnie miałyby problem. Stanęłam kiedy mroczki przed oczyma uniemożliwiały mi dalsze poruszanie się.
 – Wszystko w porządku? – usłyszałam czyjś kobiecy głos oraz silną dłoń na moim ramieniu, na wpół przytomnie spojrzałam w prawo. Nieco niższa ode mnie... ciemne krótkie włosy, tylko tyle byłam w stanie ogarnąć.
 – M...hm – wymamrotałam tylko tyle, Arcana całkowicie pozbawiła mnie przytomności.

~Ayame?~

piątek, 4 sierpnia 2017

Nowa Postać ~ Ayame Blair!

|| smoczycaart77@gmail.com || abra1534 || Nyrenthia (na chacie) ||
~~~

Od Ayax'a - C.D Kilian

Czy na pewno nie pomyliłem osób? Może ma rację, nie powinienem mówić do niej „Królowo”, w końcu się nie zachowuje jak szablonowa władczyni. Jeżeli chciała mnie zdezorientować tym zachowaniem, udało jej się.
Dziewczyna uśmiechnęła się ciepło, po czym odskoczyła kawałek do tyłu, powiewając swoimi długimi, zielonymi włosami, które płynnie opadły na ziemię wraz z ich właścicielką, gdy ta postanowiła rozsiąść się wygodnie niedaleko mnie na idealnej trawie, usłanej w bogatą gamę kwiatów.
- Jeżeli nie wykonam rozkazu, zostanę ścięty? – Spytałem, drążąc nieco temat.
- Będę rozważała taką opcję. – Parsknęła, oplatając swoje drobne dłonie wokół smukłych nóg.
- W takim razie wolę nie ryzykować, Kilian. – Rzuciłem, spoglądając w jej złociste oczy.
- Mądra decyzja. – Wykrzywiła swoje usta w lekkim uśmieszku, przekręcając delikatnie głowę w prawo.
- Tam szukajcie! – Usłyszeliśmy stłumiony, niewyraźny bas, wydobywający się z ust jakiegoś mężczyzny.
Odruchowo spojrzeliśmy na połacie drzew, zza których ów dźwięk dochodził. Towarzyszyły temu głośne tupanie i szeleszczenie metalowych części. Wstałem, opierając się o korzenie dębu, po czym wyjrzałem kątem oka na to, co się dzieje.
- Wygląda na to, że szukają Cię, Kilian. – Zwróciłem uwagę, wyglądając na nią zza ramienia.
Chwilę później stała już po mojej prawej, również spoglądając na rozchodzącą się brygadę. Spodziewałem się, że pójdzie do nich, rozwiewając zaistniałą sytuację, ale widocznie Królowa woli nieco oryginalniejsze pomysły.
- Są blisko, muszę ich zgubić. – Powiedziała, ciągle wpatrując się w miejsce, gdzie mężczyźni się rozdzielili. – Znasz może jakieś miejsce, gdzie nie będą szukać? Już kiedyś mnie tutaj widzieli i zapewne powtórzą tę czynność. – Westchnęła.
- Znam. – Zacząłem po chwili przerwy, w której musiałem trochę odświeżyć swoją pamięć. – Jest ono jakieś dwie wysepki stąd.
- Znakomicie. – Wyskoczyła wręcz, rozglądając się dookoła. – To którędy?
O ile tamta reakcja mnie zdziwiła, to ta dosadnie. Powinienem zapamiętać raz, a dobrze, że nie jest typową władczynią. Przekręciłem parę razy głową z niedowierzania, kiedy ta czekała na moją odpowiedź.
- Tędy. – Powiedziałem, po czym zacząłem się kierować w moje lewo.
Chwilę później złotooka dołączyła do mnie, idąc równym krokiem. Bacznie obserwowała otoczenie i nasłuchiwała, czy aby przypadkiem żaden jej poddany się tu nie zawieruszył. Miałem zamiar zaprowadzić ją do miejsca, gdzie prawdopodobnie mało kto był, ponieważ jest stosunkowo stare i zapomniane. Dawniej to właśnie tam szlifowałem swoją Arcanę.
- A wracając do tego tematu z zielonymi włosami – przerwała ciszę, już nie przykładając tak dużej wagi do rozglądania się – przynajmniej w takich sytuacjach mogę się swobodnie kamuflować wokół otaczającej mnie przyrody.
Po skończeniu swojej wypowiedzi wyciągnęła lewą rękę ku górze, sprawiając, że blask promieni słonecznych, przenikających przez szpary rozłożystych koro drzew padł na jej nieskazitelną dłoń. Chwilę później wróciła na dół z kwiatem o białych płatkach, które od zewnątrz nabierały różu, co dawało ładny efekt gradientu. Królowa zaczęła się mu przyglądać, obracając go palcami wokół własnej osi.
- Twoi ludzie nie szukają Cię chyba bez przyczyny, Kilian. – Rzuciłem, kierując swój wzrok na kończącą się dróżkę, obsypaną sporą ilością kamyczków.
- Wprawdzie mam spotkać się z ambasadorem innej większej wyspy, ale to dopiero za parę dobrych godzin. – Odparła niewinnie.
- Nie o to pytałem. – Zwróciłem uwagę, na co władczyni odwróciła wzrok od kwiatka.
- Chcesz znać prawdę? – Spytała retorycznie, kierując swoje oczy nieco ku górze. – Powód jest błahy, nie mam dzisiaj ochoty na słuchanie rozżaleń Torina setny raz na temat tego, jak powinnam zachowywać się przy kimś z zewnątrz o wysokim tytule. Już to przerabialiśmy wystarczająco długo.
Nie przyznała tego, ale uciekła, było widać. Nie mnie jednak oceniać jej poczynania, ponieważ to ona będzie miała potrojone lekcje etyki za dzisiejsze przewinienie na temat „Dlaczego powinno przychodzić na umówione spotkania”. Doprawdy, sam to kiedyś przeżywałem, bo postanowiłem z Lloydem wyskoczyć do kolegi. Zapewne nie miałem aż tylu lekcji tygodniowo co obecna tu Królowa, ale dla mnie i tak było to wystarczająco dużo.
- Nigdy nie lubiłem lekcji etyki. – Przyznałem z czystym sumieniem. – Zwłaszcza że mnie akurat uczyła Doriana, której nie bez powodu nie dopuszczali do potomstwa władców. – Dodałem na końcu, przypominając sobie pewną żenującą sytuację z nią w roli głównej.
Pewnego dnia wraz z paroma innymi szlachcicami, ponieważ były to zajęcia grupowe, otrzymaliśmy zadanie, by powiedzieć dziewczynce, że jej pies został właśnie potrącony przez samochód w taki sposób, żeby nie było je przykro, lecz również zachowując kulturę. Doriana nigdy nie należała do osób, grzeszących urodą, ponieważ swoje lata już miała na tym zgarbionym karku. Paradoksem było to, że to ona była tą małą, słodką dziewczynką, której piesek odszedł przed chwilą do innego świata. O ile wszyscy byli tym skrępowani i zdezorientowani, nie można było zarzucić jej słabej gry aktorskiej. Proszę, nawet wpasowała się do tej roli tak idealnie, że gdy ta się rozpłakała, jako omotany dzieciak sam ją objąłem w ramionach, pocieszając, że wszystko będzie dobrze. Mina towarzyszy była bezcenna, mój wstyd również.
Opowiedziałem tę historię dziewczynie, bo raczej już każdy ją zna i nikogo nie dziwi, jak mówię o niej publicznie. Po prostu biorę to jako nauczkę, żeby nigdy nie zwieść się starym wdowom, udających małe, bezbronne dziewczynki. Sam bardziej uważam to za żartobliwe zdarzenie, naśmiewając się z mojego dawnego, dziecinnego zachowania. Nim się ocknąłem, byliśmy już na drugiej wysepce.


Kilian?

środa, 2 sierpnia 2017

Nowa Postać ~ Athena Sky!

||kasiopeja.venus@gmail.com||♠lilian 123♠||Athena(na czacie)||

Od Kilian - C.D Ayax'a

Świt, czyli nieubłagane ćwierkanie ptaków i promienie słońca próbujące przedrzeć się przez długie, jedwabne zasłony przysłaniające duże, szklane okna. Gdyby nie opaska na moich oczach to zapewne dotarłyby już do mych złotych oczu kilka ładnych godzin temu przerywając błogi stan spoczynku. O godzinie dziewiątej to już i tak raczej sobie nie pośpię, ponieważ to już i tak zdecydowanie za długo jak na Królową. Świta, która codziennie rano albo wparowywała do mojej sypialni, albo waliła w drzwi powodując ich wybrzuszenie - już pewnie stała przygotowana do ataku. Podniosłam się lekko niczym najlżejsze piórko i uchyliłam skrawek swojej zielonej opaski, a tym samym narażając moje biedne perełki na zbyt dużą dawkę światła. Zasyczałam cicho i nadal krzywiąc się lekko sturlałam się z mięciutkiego, powysadzanego najmiększymi materacami łóżka. Zielone włosy spłynęły na podłogę niczym lawina śnieżna, a bose stópki dotknęły zimnych, podłogowych paneli przez co przez całe moje ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Gdy w końcu postanowiłam wstać i wyjść na balkon, do mojej komnaty wparowały trzy rozgorączkowane starsze panie, które natychmiast chciały mnie przyodziać w jakąś długa suknię, bym czasem za bardzo nie opaliła swych zgrabnych nóżek jak już uda mi się wyjść z zamku.
-Jest za gorąco.... - zerknęłam za okno i przekrzywiłam głowę zniesmaczona kiedy moim oczom ukazana została długa, biała sukienka, która niby była wykonana z przewiewnego materiału, ale ja jakoś nie ufałam tym wszystkim krawcom, którzy sprzedawali wszystkim kit, by tylko więcej rzeczy opchnąć z zyskiem. - Zdecydowanie ta nada się bardziej. - wyminęłam wszystkie podwładne, by wyciągnąć z ogromnej szafy kolejna sukienkę i tym razem w kolorze pastelowej limonki. Nie była już taka długa jak te wszystkie pozostałe, a sięgała mi może do połowy ud. Zwiewna, delikatna i zakrywała tyle ile powinna, a kolejnym plusem było to, że na pewno nie zagotuje się w niej od środka.
-Wasza Wysokość, ale .... dzisiaj przylatuje ambasador z sąsiedniej dużej wyspy i... - zawahała się przed tym zdaniem, ale ostatecznie postanowiła mnie upomnieć o moich królewskich obowiązkach, których jak widać... nie miałam ochoty dzisiaj pełnić.
-Bez paniki. Zdążę się jeszcze przebrać, jeśli to będzie konieczne, poza tym myślę, ze Ambasador nie pogardzi tak krótką sukienką. - puściłam jej oczko, chociaż doskonale wiedziałam, że wyprowadzi to wszystkie trzy panie z równowagi, bo jak ja śmie się zachowywać tak frywolnie. W momencie kiedy troszkę zaczęły na mnie narzekać i wymieniać się sugestiami jakie buty powinnam do tego ubrać, ja momentalnie chwyciłam swoje białe białe balerinki i wyszłam z komnaty. To jeszcze trochę zajmie póki one dojdą do porozumienia i w końcu zauważą, że im zbiegłam, a ja mam czas, żeby wymknąć się straży.
[...]
 Kilka minut później okazało się, że przejście obok straży wcale nie będzie takie łatwe. Chyba doskonale wiedzieli, ze mam dzisiaj zajęcia z etyki i powinnam zostać w zamku. Potem jeszcze to spotkanie z ambasadorem.. za dużo tego wszystkiego. W dodatku jak sobie pomyślę ile czeka mnie papierkowej roboty związanej ze wszystkimi sprawami ludności to skrzywiłam się na samą myśl. Chyba muszę przybrać maskujące barwy...
... i dokładnie już za moment zakosiłam swoją pelerynę, która wyglądem przypominała te, które noszą najzwyklejsi poddani. Żeby nie ryzykować odkryciem i tak wyszłam tajnym wyjściem z lochów, które niegdyś służyło do ucieczki rodziny królewskiej w czasie zagrożenia.
Kiedy udało już mi się wyjść z lasu i wyszłam na ścieżkę, starannie zadbałam o to, by żaden kosmyk moich zielonych, rzucających się w oczy włosów nie wypadł za pelerynkę. Upchnęłam wszystkie do kaptura jeszcze na koniec sprawdzając czy na pewno nic nie widać. Szczęście opuściło mnie dopiero kiedy wchodziłam już powoli do miasta, bo tam skręcając w jedną z uliczek natknęłam się na przechodzące obok dzieci. Na początku zerknęły na mnie z lekkim niedowierzaniem, a ja złapałam za kaptur i naciągnęłam jeszcze bardziej na swoją głowę, aczkolwiek.... nie dało to praktycznie nic. Zaraz zaczęły krzyczeć, że to "na pewno królowa" i przy okazji zgarnęły tym samym całkiem sporą grupkę ludzi. Cudownie, właśnie o taki efekt mi chodziło....
grafika aesthetic, pastel, and sceneryUdało mi się uwolnić być może dopiero pół godziny później i w tym czasie zdążyłam już stwierdzić, ze pójście do miasta o tej porze nie jest najmądrzejszą rzeczą. Kogo ja chce oszukać? I tak mnie wszyscy rozpoznają, dlatego może lepiej jest się udać nad strumień. Po krótkich rozmyśleniach właśnie tam się udałam, a widząc czystą, przejrzystą wodę, w której pływało mnóstwo kolorowych ryb - poczułam się w pewien sposób wolna. Zamknięta, a jednak wolna...

- Udało Ci się odgonić od wielbicieli, Królowo? - zadrżałam kiedy usłyszałam za sobą męski głos, a kiedy się odwróciłam ujrzałam... Hrabię? Co on tutaj robi? Pewnie ucieka od obowiązków tak samo jak ja, więc nie powinnam czuć się zagrożona. Zgarnęłam kosmyki zielonych włosów za ucho i przystanęła.
- Nie musiałam ich specjalnie odganiać, sami w końcu dali mi spokój... - pomyślałam chwilę przed tą odpowiedzią, bo tak teoretycznie to siedziałam z nimi prawie pół godziny, bo głupio mi było odmówić rozmowy. - No dobra... tak naprawdę nie wiedziałam jaką wymówkę wymyślić, by się w końcu uwolnić.
-Nie sądzi Królowa, że taki kolor włosów to pewnego rodzaju utrapienie? - stwierdził i to bardzo trafnie. Rozsiadł się wygodnie pod koroną jakiegoś drzewa i zarzucił nogę na nogę. Oho chyba będzie się teraz rozkoszował widokiem razem ze mną.
-Może w pewnym sensie . - odwróciłam się tyłem znów zerkając w wodę - Nie musi Hrabia odnosić się tak oficjalnie skoro jesteśmy sami. - zachichotałam cicho i zerknęłam przez ramię na siedzącego dalej chłopaka - Jestem prawie pewna, że jestem od Hrabi młodsza, a jest Pan jedną z niewielu osób, które chyba nie uważają mnie za smarkulę lub po prostu się do tego nie przyznaje. - w tym momencie ściągnęłam swoje butki i weszłam do strumyka. Zimna woda lekko ochłodziła moje stopy.
-To, że Wasza Wysokość jest młodsza nie znaczy, że mogę się odnosić z mniejszym szacunkiem. - odparł po raz kolejny bardzo oficjalnie co zaczęło mi się już powoli nudzić.
-No dobra to może inaczej. Proszę się zwracać do mnie po imieniu. To rozkaz. - w jednej chwili wyskoczyłam ze strumyka, znalazłam się tuż przed nim i pochylając się zwiesiłam swoje włosy centralnie przed jego twarzą. Wyciągnęłam palec wskazujący, aby opuszek palca zetknąć z noskiem mojego towarzysza znajdującego się naprzeciw.

~Ayax ?~

wtorek, 1 sierpnia 2017

Od Ayax'a


Czy tylko ja odczuwam wrażenie, że ciemność nigdy nie jest taka sama? Gdy zamykasz oczy, właśnie ją widzisz. Ciemność może być jednak jeszcze ciemniejsza, jeśli odejdziesz od jakiegoś źródła światła. Wtedy taki widok usatysfakcjonuje. W końcu co może być lepsze niż zwykły, błogi spokój?
Mnie jednak nie pozwolono długo się nim cieszyć, ponieważ Słońce postanowiło zabłysnąć.
- To się dopiero popisuje. – Mruknąłem, przecierając ręką moje zaspane oczy.
Kolejno zostałem zmuszony do kilkukrotnego otwarcia ich, by mroczki przed oczami ustąpiły. Wstałem do pozycji siedzącej, przeczesując lekko moje włosy do tyłu. Już w zwyczaju miałem zapominać o tym, że nie powinienem, bo skutkuje to paroma widocznymi przecięciami na wewnętrznej stronie dłoni. No nic, da się żyć. Z kolei śmieszne, gdy inni ludzie tak robią. Mają nauczkę, że nie powinni. Aż przypomniałem sobie sytuację, gdy Tamara Golka, jedna z moich dziecięcych nauczycielek, zrobiła tak. Nie minęło kilka sekund, a już z jej ust można było usłyszeć tysiące wyzwisk i innych błahych rzeczy. Najbardziej w pamięci zapadło mi to zdanie „Zgrywasz aniołka, tak?!”. Aż wykrzywiłem moje usta w półuśmieszku.
Wstałem, przeciągając się ponownie, by jakoś rozruszać swoje ciało. Wczoraj do późna siedziałem w klubie i zatraciłem się w hazardzie, tracąc przy tym poczucie czasu. Lloyd również tam był, bo on to w ogóle stałym klientem tam jest, a szkoda, bo się marnuje. Dopilnował, bym nie brał alkoholu. Czułem się jak małe dziecko, które musi się go słuchać, ale nie chciałem nazajutrz męczyć się z długotrwałym i bolesnym kacem tylko po to, by trochę odreagować. Dobra, nie byłem bez skazy i wypiłem może jeden, dwa kieliszki, ale nic poza tym. Wyglądałbym na jeszcze większego trupa.
Po wykonaniu porannej rutyny musiałem coś załatwić, więc zgarnąłem kilka najpotrzebniejszych rzeczy, po czym wyszedłem z komnaty. Będąc przy głównym placu pałacowym zauważyłem kobietę, zarzucającą na swoje zielone włosy kaptur, kolejno wpychając swoje długie nitki do środka bluzy. Czyżby nasz królowa chciała się zamaskować? Nie zazdroszczę jej takich włosów, wszędzie ją widać i wszystko zdradzają. Po wykonaniu tych czynności pośpiesznie wyszła z zamku, a ja tuż za nią, lecz w nieco innym kierunku. Kiedy ta na rozdrożu udała się w prawo, ja w przeciwnym kierunku.. Wychodząc jednak zza murów dostrzegłem, jak już parę osób się do niej przykleja. Wypuściłem powietrze nosem, podnosząc mój lewi kącik ust do góry, po czym odwróciłem wzrok od poszerzającego się grona i udałem się w swoim kierunku. Swoją drogą… Czy nie powinna chodzić przy niej straż? Nie daj bóg by się jej coś stało, a żałoba na cały kraj jak przy ostatniej władczyni.
Po szesnastominutowych wymijaniu wysepek w końcu dotarłem do tej właściwej, na której miał się znajdować pewien znajomy mi sklep. Po dotarciu do niego, wyjrzałem przez szybę, za którą oprócz promocji na maskotkę, budkę dla ptaszka był pewien grubszy mężczyzna. Zobaczył jak wyglądam na niego, na co speszył się, odwracając swój wzrok na świnkę skarbonkę, którą przedtem czyścił. Jego zakłopotanie było zabawne. Po chwili wszedłem do sklepu, pchając drzwi do przodu, które uderzyły tym samym dzwoneczki zawieszone nad nimi, tworząc charakterystyczny brzdęk. Ten sklep po prostu zatrzymał się w czasie. Mężczyzna wiedział, że jestem, ale nic nie mówił. Podszedł do kasy, lecz ciągle miał wzrok przeszywający starą, drewnianą podłogę. Wpisał specjalny kod, by kasa się otworzyła, a następnie udawał, że coś robi.
- Kto to był? – Rzuciłem podchodząc do jego starego, lecz szlifowanego blatu i opierając swoje dłonie o jego powierzchnię.
Nie odpowiadał, udając, że ciągle coś grzebie w swoich pieniążkach. Wyjrzałem kątem oka na jego fundusze. Nie były największe, kiedyś mu się lepiej powodziło.
- Kto to był, Dexter? – Powtórzyłem nieco bardziej podirytowany jego lekceważeniem mnie. – Masz mi powiedzieć.
- A co jak nie powiem? – Odparł zdecydowanie, wyglądając na mnie spod swojego czoła. Wyglądał komicznie, jeszcze ten podwójny podbródek. Genialne.
- Dobrze wiesz co, więc raczej mnie nie wkurwiaj. – Odparłem poważnie, biorąc w rękę jedną z jego figurek kota i przyglądając się jej. – Nie chcę tracić na Ciebie czasu, gadaj.
W czasie, gdy ja bawiłem się jego rękodziełem, obracając go w dłoni, ten zastanawiał się nad jedną z ważniejszych decyzji. Dlaczego ludzie tak długo myślą? To bezsensowne.
Był między młotem a kowadłem, nie zazdrościłem mu. Gdyby jednak nie sprzedał tej trucizny nie byłoby problemu. Że jeszcze ma czelność nadal nią handlować. Musiałem wiedzieć, komu sprzedał ten płyn. Może byłaby to ta sama osoba, która potraktowała nią jednego z mojej rodziny?Rozejrzałem się w tym czasie po sklepie. Dobrze wiedział, że jeśli mi nie powie, to wszystko zniknie. W końcu kto tutaj toleruje nielegalny obrót?
- Pakisa Danami. – Mruknął pod nosem, więc niewyraźnie go usłyszałem.
- Jak? Nie słyszałem. – Powiedziałem, odwracając się do niego i wyjmując z mojej kieszeni notatnik oraz mały długopis. I kto by pomyślał, że jeszcze się do czegoś przyda?
- Pakisa Danami. – Powiedział równo niewyraźnie. - Tylko nie mów proszę, że ode mnie wiesz.
Wprawdzie zrozumiałem, ale chciałem, by powiedział to śmielej i miał świadomość tego, co kieruje w moją stronę.
Dobra, po prostu jego dezorientacja była niezwykle zabawna, oto prawdziwy powód.
- Jakiś niemrawy dzisiaj jesteś. Powiedz głośniej. – Rzekłem, patrząc w jego ślepia, ugięte nienaturalnie wśród tłustych policzków.
- Pakisa Danami! – Wykrzyknął w końcu, spoglądając mi w oczy z tą swoją śmieszną złością.
Chwilę później złapał się jednak za usta. Czy powiedział za głośno? Tak, ale to na jego niekorzyść. Nie moja wina, że jestem oportunistą. Zapisałem imię i nazwisko, po czym wszystkie przedmioty należące do mnie schowałem do dużej kieszeni w czarnej, ojczystej marynarce.
- Widzisz? Było tak od razu. – Powiedziałem sarkastycznie z pół-uśmieszkiem na ustach, wychodząc z tego szanowanego lokalu.
Kto by pomyślał, że donosy „kontaktów” Marco faktycznie są aż tak przydatne.


▼▲ ▼▲


Po całym incydencie i cennej informacji udałem się wyżej, by trochę zaczerpnąć samotności i nieco rozruszać swoje mięśnie. Na moją korzyść bądź niekorzyść przechodząc pod koronami drzew dostrzegłem jeszcze jedną osobę. Nie taka zwykła ta osobowość. Można by rzec, że wręcz jejmość. Zza jednym z krzaków usłanych niewielkimi, kwitnącymi kwiatkami, można było dostrzec kobietę, ruszającą się w rytm nuconej przez nią muzyki. Przez koniuszki odstających gałązek mogłem chociaż na trochę odróżnić jej włosy od zieleni otaczającego lasu, które swobodnie i płynnie poruszały się wraz z ruchami jej ciała. Zdążyła odgonić się od fanów? Ciekawe. Złapałem głupi odruch podejścia do niej, nie wiem dlaczego. Wprawdzie nie pierwszy raz ją widzę, kiedyś nawet zamieniliśmy parę słów, ale czy to nie wyglądało na szpiegostwo? Głupio by było jednak się nie przywitać, w końcu to władczyni królestwa. Nieważne, może samotność dzisiaj nie była mi dana.
- Udało Ci się odgonić od wielbicieli, Królowo? – Spytałem, kłaniając się lekko, na co jejmość przystopowała ze swoimi tańcami.


Kilian?

Nowa Postać ~ Ayax Aquila!

|| omnia.adversus@gmail.com || Vee (na chacie) ||
~~~